O sporcie, ale też o polityce. O piłce, ale też o lekkoatletyce. O Legii, ale też o całej reszcie... Kuba Dybalski
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi
Reklama na blogach - Blogvertising.pl

Wpisy z tagiem: ŁKS Łódź

niedziela, 04 marca 2012

Wygrana z ŁKS jest ważna dla Legii nie tylko dlatego, że dzięki niej po 940 dniach znów warszawiacy liderują tabeli. Również dlatego, że piłkarze sami sobie udowodnili, że nawet jeśli grają słabiej, to mogą wygrać. Jesienią taki mecz z powodzeniem mogliby zremisować. W zeszłym sezonie pewnie by go przegrali.

ŁKS, choć wypadł w Warszawie bardzo blado, to i tak kilka okazji na gola miał. W pierwszej połowie co najmniej dwie, w tym okazję na gola zmarnował Maciej Iwański. W drugiej Marek Saganowski z sobie tylko znanych powodów nie strzelił gola z miejsca, skąd zwykle wykonuje się rzut karny. Jeszcze jesienią w tak nerwowym meczu, w którym gospodarze byli lepsi, potrafili tracić punkty. Przegrali z Podbeskidziem, zremisowali z Cracovią.

To był mecz, w którym przewaga umiejętności paradoksalnie Legii przeszkadzała. Warszawiacy w tym sezonie najlepiej grają z... lepszymi od siebie. W sobotę Miroslav Radović wdawał się w efektowne dryblingi, z których nic nie wynikało. Coraz bardziej mam wrażenie, że przed meczem założył się z Danijelem Ljuboją kto więcej razy zagra piętą. Nie był to pierwszy mecz w którym legioniści zdają się dążyć do strzelenia gola po akcji, w której każdy dotknie piłkę, a ostatnie podanie ma minąć trzech obrońców. Oczywiście wszystko z pierwszej piłki.

Nie twierdzę, że nie może się to podobać. Może. Ale czasem cierpi na tym wynik. Legia mogła z ŁKS wygrać zdecydowanie wyżej. Ale z drugiej strony mogła zremisować, a wygrała. Pokazała, ze ma rezerwy, jeśli chodzi o strzelanie goli, a Ismael Blanco może być zespołowi przydatny, oczywiście jeśli będzie grał w środku, a nie na skrzydle, gdzie się gubi. Skorża, chce żeby wszyscy piłkarze ataku byli wielofunkcyjni, wymieniali się pozycjami. Niech Ljuboja z Radoviciem, Wolskim, Żyrą, Novo, Żurkiem się wymieniają. Argentyńczyk ma stać na linii pola karnego i czekać na podanie.

Legia wygrała trudny mecz, za tydzień jedzie do Bielska-Białej. A potem to może już mieć z górki.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Obejrzałem w czwartej kolejce ekstraklasy trzy mecze rozgrywane na nowoczesnych stadionach. Niejeden europejski kraj może Polsce ich pozazdrościć. Stadionów, nie meczów.

Gdy je otwierano chodziło mi po głowie pytanie: Kiedy poziom spektaklu będzie tak bardzo odbiegał od poziomu otoczenia, w którym się odbywa, że zacznie mi to przeszkadzać? Właśnie zaczęło, bo na piątkowe popisy piłkarzy w Lubinie i poniedziałkowe w Gdańsku przeważnie nie dało się patrzeć. To niezwykłe uczucie, gdy przyjemniej ogląda się panoramę stadionu Lechii (wtedy można odnieść wrażenie, że to nie ekstraklasa, ale Liga Mistrzów, albo jakiś mecz mistrzostw świata), niż nieudolne próby przeprowadzenia ataku przez piłkarzy ŁKS, albo strzały Piotra Wiśniewskiego dookoła bramki.

W piątek Zagłębie miało rozbić w pył Podbeskidzie, które nigdy w ekstraklasie wcześniej nie grało i na razie specjalizuje się w ciułaniu punktów. Nie rozbiło, bo nie umiało. Przed sezonem Zagłębie typowano (również ja) na potencjalnego sprawcę niespodzianki in plus. Punkt po trzech kolejkach tłumaczono trudnym terminarzem (Legia - odwołana, Lech i Wisła). Ale Darvydas Sernas, Maciej Małkowski, Szymon Pawłowski i ich koledzy zagrali irytująco, często bezmyślnie. Jakby trudność sprawiało im nietrafienie piłką w nogi rywali. Bramek w tym meczu nie było, bo z kolei Podbeskidzianom nie były do szczęścia potrzebne. Przez 90 minut strzelali 4 razy. Celnie raz.

W Gdańsku Lechia też nie umiała strzelić gola. ŁKS gorzej - nie umiał grać w piłkę. W czterech kolejkach bilans bramkowy łodzian to 0-11 i to nie przypadek. Nie chodzi o to, ze piłkarze nie umieli przyjąć, kopnąć (to się zdarzało), dokładnie podać, czy celnie strzelić (to rzadziej), ale o to, że skonstruowanie składnej akcji było ponad ich siły. Pomysł na rozegranie akcji przez łodzian sięgał najdalej pierwszego podania. Zwykle do ataku biegali w trzech, czterech, bez większego planu.

Nieumiejętność strzelania goli (Zagłębie, Lechia), niechęć do strzelania goli (Podbeskidzie) poddaje w wątpliwość sens gry w piłkę, która jak wiadomo polega na zdobywaniu bramek. Nieumiejętność gry w piłkę (ŁKS) - tym bardziej. Nie oglądałem meczu w Górnik - GKS w Zabrzu, ale wystarczy mi statystyka strzałów. Bełchatowianie w całym meczu strzelali raz. Słownie: JEDEN RAZ. Niecelnie. Żeby tego dokonać, trzeba nie chcieć.

Kibice pośrednio sami przyznają temu rację. Na mieszczący ponad 16 tys. miejsc stadion Zagłębia przyszło nieco ponad 6 tys. kibiców. Na gdański 40-tysięcznik, na którym odbywał się drugi mecz po otwarciu (!) przyszło 22 tys. kibiców. Emocjonujące zawody w Zabrzu oglądało 3,5 tys. kibiców, bo tyle mogło. GKS miał szczęście, kibice mniej... Po co w ekstraklasie drużyny, które nie przyciągają kibiców?

Pytanie zasadne, bo między bajki można włożyć tłumaczenia, że był dzień roboczy, drogie bilety, czy inne w tym stylu. Słaba frekwencja po pierwsze była spowodowana słabym przeciwnikiem, po drugie słabym... gospodarzem.

Na Legii było nieco lepiej, bo w danym momencie na boisku była przynajmniej jedna drużyna grająca nieźle - przez pierwszą godzinę goście, przez ostatnie pół godziny gospodarze. Ale, choć w maju otwarto czwartą trybunę, frekwencja nie drgnęła w porównaniu z tą, gdy trybuny były trzy. Na Legię w niedzielę przyszło 18 tys. kibiców (60 proc. stadionu). Ku przestrodze.