Po pseudotaktycznym znęcaniu się nad Legią po meczu z Lechią mam jeszcze uwagę odnośnie meczu reprezentacji z Amerykanami. Przyznaję bez bicia, że spotkania - rozgrywanego w o skandalicznej dla Europejczyka godzinie - nie widziałem, bo szybko zasnąłem. Żałuję, że ominęła mnie piękna bramka Kuby Błaszczykowskiego. Widziałem za to początek.
W piłkarskiej nowomowie poczesne miejsce zajmuje ”pierwszy, jakże ważny strzał na bramkę”. Komentujący mecz Dariusz Szpakowski nie zapomniał wspomieć pierwszej, (ważnej!), interwencji Artura Boruca, ale zabrakło mi zupełnie komentarza to pierwszego, jakże ważnego rozegrania piłki przez Polaków. Tym bardziej, że nigdy wcześniej takiego nie widziałem.
Mecz, jak to jest w zwyczaju, tuż po gwizdku sędziego rozpoczęli stojący na środku boiska polscy napastnicy jeden szturchnął piłkę do drugiego który zagrał ją... wprost pod nogi Amerykanina. Zdębiałem, bo byłem śpiący, nie bardzo wiedziałem o co chodzi, ale coś mi nie pasowało. Jak to? My zaczynaliśmy, Amerykanie mają piłkę? O co chodzi? Tak szybko?
I wtedy zdałem sobie sprawę, że Amerykanie nas oszukali. Nasi myśleli, ze skoro to mecz towarzyski, to oni, cytując klasyka, na początku będą rozmawiać, a ci z USA od razu się na nich rzucili. Zresztą nie pierwszy raz.