O sporcie, ale też o polityce. O piłce, ale też o lekkoatletyce. O Legii, ale też o całej reszcie... Kuba Dybalski
| < Luty 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29        
Tagi
Reklama na blogach - Blogvertising.pl

Wpisy z tagiem: Danijel Ljuboja

niedziela, 05 lutego 2012

Danijel Ljuboja zapewne do końca kariery będzie podczas treningów truchtać, co jakiś czas nie trenować w ogóle. I w Legii nikt nie będzie mu robił z tego powodu wyrzutów, bo Legia z nim jest mocniejsza niż bez niego.

Ljuboja w piątek dołączył do zespołu trenującego w Antalyi. Na dwa dni, bo Legia w poniedziałek wraca do Polski. Można powiedzieć że to bez sensu, ale w klubie już się pogodzono z tym, że Serb jest traktowany na szczególnych zasadach i nikt nie oczekuje że będzie inaczej. Wystarczy wpływ jaki ma na zespół. Ten, który można policzyć, czyli osiem goli w 17 meczach w lidze, plus jeden strzelony w Lidze Europejskiej. Ale też ten niepoliczalny, czyli doświadczenie jakie do niej wnosi, wzór jaki stanowi dla młodszych piłkarzy, wpływ jaki ma na kolegów z boiska - wszystko to o czym ludzie z klubu mówią i oficjalnie i prywatnie.

Dlatego nie martwi mnie to, że 34-letni Ljuboja zawalił okres przygotowawczy, bo najwyraźniej tego okresu nie potrzebuje. Nie przejmuję się ewentualną obniżką formy na wiosnę, bo niższej niż jesienią mieć nie będzie. Gdyby to było możliwe, stałoby się to już jesienią. Martwi mnie tylko beztroska klubu, który ciesząc się z napastnika, który gra dobrze, nawet nie trenując, zdaje się uważać, że tak będzie wiecznie. A nie będzie.

Jeszcze gdy Takesure Chinyama strzelał gola za golem (a był nie mniej skuteczny niż Ljuboja), zaczęły się jego problemy zdrowotne. Za czasów Jana Urbana trenował z rzadka, bo oszczędzał kolana, a potem przychodziła sobota i Zimbabwejczyk z uśmiechem na ustach strzelał kolejnego gola. Pod koniec sezonu 2008/09 Chinyama nie zagrał w dwóch meczach pod koniec sezonu, a w ostatnim z Ruchem Urban wpuścił go na kwadrans. Chinyama strzelił dwa gole i został królem strzelców.

W kolejnym sezonie zagrał tylko siedem razy (jesienią) i strzelił dwa gole. W następnym zagrał łącznie 14 razy, ale gola strzelił tylko jednego - w meczu Młodej Legii. Często był najsłabszy na boisku. W dwa lata z piłkarza, bez którego trudno było sobie wyobrazić Legię, stał się piłkarzem w Warszawie niepotrzebnym.

Przez te dwa lata nie znaleziono nikogo, kto by mógł Chinyamę zastąpić. Pierwszym skutecznym napastnikiem po Zimbabwejczyku jest Ljuboja. Teraz Serb ma strzelać gole tak długo jak się da. A co potem?

środa, 18 stycznia 2012

Mimo wielkich chęci, szczególnie polskich tabloidów, Peguy Luyindula do Legii nie trafi. Po pierwsze dlatego, że Legii na nie go nie stać. W PSG nie zarabia się mało. Według różnych źródeł jego miesięczna pensja to 70-100 tys. euro, czyli dwa, trzy razy więcej niż warszawski klub mógłby mu zapłacić. Po drugie dlatego, że do Legii nie chce przyjść.

Luyindula w PSG gra od zimy sezonu 2006/07. Wystąpił w 130 meczach w lidze, w których strzelił 22 gole. W europejskich pucharach, w 27 meczach strzelił 10 goli. Wcześniej występował m.in. w Strasbourgu, Lyonie i Olympique Marsylia. W reprezentacji Francji w czterech meczach strzelił jednego gola.

Owszem w tym sezonie Francuz jest odsunięty od składu. Popadł w konflikt z trenerem Kombouare i nie może trenować nawet z rezerwami. Ponoć prowadził zbyt rozrywkowy tryb życia. Pozwał do sądu główne osoby w klubie o nękanie, a od PSG domaga się 6,4 mln euro odszkodowania. Pasuje więc do modelu piłkarza, którego szuka Legia (z umiejętnościami, ale za darmo). Oczywiście, że świetnie zrozumiałby się z francuskojęzycznym Danijelem Ljuboją, z którym się zna jeszcze z gry w Strasbourgu przed dekadą

Ale nie każdy jest Ljuboją. Mało kto zdaje sobie sprawę, jak trudną dla siebie decyzję musiał podjąć Serb, gdy decydował się na przeprowadzkę na wschód. Musiał pogadać z Radoviciem, musiał przyjechać z ojcem, zobaczyć jak to wygląda na miejscu. Decydował się na zespół, który nie jest od kilku lat w stanie zdobyć mistrzostwa, a europejskie puchary były pasmem porażek, jeśli w ogóle w nich grał. Poza tym Ljuboja był piłkarzem, który grał dobrze kilka lat temu. Luyindula strzelał gole jeszcze w zeszłym sezonie, a dwa sezony temu był podstawowym piłkarzem PSG. Klub znajdzie.

Trzeba też pamiętać, że nie każdy jest Ljuboją również w tym sensie, że może zaprzeczyć ciągnącej się za nim złej opinii. Gdy Serb przychodził do Legii, spodziewano się, że pokłóci się z trenerem, z kolegami z drużyny, będzie się spóźniał na treningi i głównie pobierał pensję. Jest kompletnie inaczej. Gra prawie najwięcej ze wszystkich piłkarzy, strzela gole, a trener jest nim zachwycony. Ale to nie reguła. Opinia o Luyinduli nie wzięła się z niczego.

Może więc i dobrze. Jeśli francuski kierunek już się Legii opłaca (bo Ljuboja, bo - być może - Matsui), to trzeba tam szukać. Ale partnerem Serba nie będzie Luyindula. A jak napastnika nie było, tak nie ma. A by się przydał...

czwartek, 15 września 2011

Trudno winić serbskiego napastnika, że nie strzelił w Eindhoven gola, skoro przez większość meczu biegał w ataku sam. W pierwszej połowie nie pomagał mu ani słaby i chaotyczny Maciej Rybus, ani wracający po kontuzji Manu, który nawet czasem w obronie odbierał jakąś piłkę, ale w ataku prezentował mizerię znaną z poprzedniego sezonu. O ile w grze defensywnej, mimo straconego gola (Kuciak nadział się na świetny strzał Mertensa), nie było źle, to gra w ataku nie istniała. Gdy wszedł na boisko Miroslav Radović, poprawiło się nieznacznie.

Trudno jednak winić Macieja Skorżę za wystawienie trzech defensywnych pomocników. Wyobraźcie sobie co by było, gdyby jednego zabrakło, skoro nawet w tym zestawieniu piłkarze PSV dość łątwo przesuwali się do przodu. Bez kogoś z trójki Borysiuk-Vrdoljak-Gol wchodziliby w połowę Legii jak w masło. A tak, trochę kłopotów mieli.

Po meczu w Eindhoven widać jednak wyraźnie, że Ljuboja nie może grać sam. W dodatku jego pomocnikiem nie może być byle kto. Czekanie na pierwszy błysk Michała Żyro zaczyna się robić nudne. Jak Ljuboja skrzyczał Jakuba Koseckiego wszyscy widzieli. W dodatku Serb wściekał się później na młodego napastnika pokazując mu, że gdy on próbuje pressingu, to Kosecki powinien podbiec do rywala, któremu ten przy piłce może podać.

To zresztą ciekawa sprawa. Wydawałoby się, ze to piłkarskie abecadło. Kto ogląda Legię na żywo na pewno zauważył, że to pierwsza rzecz której od partnerów wymaga Ljuboja. Radovicia też musiał tego nauczyć, ale ten już wie, że bieganie do obrońcy z piłką w pojedynkę nie ma sensu. I nauczył się. I sam zachęca partnerów do takiej gry. To pewnie niejedyny, ale jeden z powodów, dla których Ljuboja lubi grać z Radoviciem.

W czwartkowym meczu jak na dłoni było widać dlaczego Legia przegrała... z Podbeskidziem. Przez niedokładność, odskakujące piłki i zbyt szybkie, bezmyślne zagrania. W lidze było tego pełno, choć bielszczanie nie umieli tego wykorzystać, więc nie było to tak widoczne. W Lidze Europejskiej, gdy legioniści mieli kilka okazji na szybki kontratak na krzyż, biło po oczach. Zwłaszcza gdy przez złe opanowanie piłki piłkarz Legii tracił czas, przestraszył się biegnącego obok rywala, robił kółeczko i podawał do tyłu. A Ljuboja czekał...

P.S.

Tutaj zobaczycie bramkę Mertensa z meczu z Legią

 

niedziela, 14 sierpnia 2011

Fot. Kuba Atys/Agencja GazetaRóżnica między Legią z poprzedniego sezonu, a Legią z obecnego sezonu jest taka, że tamta Legia nie miała napastnika, a ta ma. I nie chodzi tu nawet o to, że Danijel Ljuboja strzelił dwa gole Górnikowi.

Maciej Skorża uparł się przez cały poprzedni sezon, by grać jednym wysuniętym napastnikiem. Decyzja dobra, bo dwóch porządnych nie miał. Rzecz w tym, że nie miał nawet jednego, który sprawiałby obronie rywali kłopot. Takesure Chinyama był wspomnieniem gladiatora walczącego z trzema obrońcami naraz jeszcze zanim Skorża przyszedł do Legii. Michał Kucharczyk, choć utalentowany i nieźle wyszkolony technicznie, w walce bark w bark z gigantami typu Kożans czy Stano szans nie ma. Podobnie reszta legijnej ofensywnej młodzieży. Bruno Mezenga też preferował raczej futbol niekontaktowy.

Atletą miał być Michał Hubnik i pierwsze wrażenie zrobił dobre, ale potem głównie się leczył. Gdy w tym sezonie Czech wchodzi na boisko, widać różnicę między nim a Ljuboją. Hubnika obrońca nie przewróci, ale nim zachwieje i piłkę mu wybije. Serba przewrócić się nie da.

Umiejętność zastawiania się Ljuboja opanował do perfekcji. Z łatwością rzadko spotykaną na polskich boiskach potrafi też uwolnić się od obrońcy. Niby ma go na plecach, niby ten go szturcha, próbuje zabrać piłkę, ale po chwili Ljuboja już jest kilka metrów od niego, odwrócony przodem do bramki i z pomysłem gdzie zagrać piłkę.

Dla Legii to zmiana gigantyczna. Zwróćcie uwagę jak często w ekstraklasie takiemu poszturchiwanemu napastnikowi X z zespołu Y odskakuje piłka. I po akcji. Obejrzałem uważnie niedzielny mecz Lechii z Cracovią i było tam tego pełno. Albo trzymany za rękaw, wytrącony z równowagi, niedokładnie podaje. I po akcji. Albo padając na murawę i widząc, że traci piłkę, decyduje się na bezsensowny strzał. Dobrze wie, że będzie niecelny, albo lekko doturla się do rąk bramkarza, ale jakoś tak głupio nic nie zrobić z piłką, jak jest się w polu karnym. I po akcji.

Umiejętności Ljuboji – grania w tłumie, przepychania się z obrońcą, utrzymywania się przy piłce – to konkretna liczba strat w meczu mniej. To konkretna liczba ataków, które mogą być ponowione, a więc konkretna liczba szans jakie ma Legia na gola. To też wymierny czas w jakim warszawiacy utrzymują się przy piłce, w tym na połowie rywala, a więc też odpowiednio mniejszy czas posiadania piłki przez przeciwnika. Legii z Ljuboją gra się najzwyczajniej w świecie łatwiej.

Serba czasem jeszcze ogranicza to jak grają koledzy. Czasem czeka na podanie zbyt długo, chciałby dostać piłkę szybciej, gubi krycie, gdy kolega dopiero podnosi głowę po opanowaniu piłki. Ale to się poprawia. Choć z Górnikiem Legia zagrała w tym sezonie chyba najsłabiej (co nie znaczy źle, ale też bez rewelacji), to akurat współpraca Serba z kolegami układa się moim zdaniem coraz lepiej.

A jeśli jeszcze ma strzelać po dwa gole w meczu...

czwartek, 16 czerwca 2011

Legia sprawiła sobie piłkarza charakternego i kłótliwego, ale niewątpliwie na wstępie wskakującego do pierwszego składu. Na przeciętnym francuskim kibicu 15 goli w lidze w dwóch ostatnich sezonach i gra w klubach, z których jeden spadł, a drugi spadł prawie, nie robi wrażenia. Na kibicu z Polski 15 goli Danijela Ljuboji w Ligue 1 - jednej z najsilniejszych lig europejskich - i to w zespołach broniących się przed spadkiem, gdzie przecież teoretycznie strzela się trudniej niż w tych najlepszych, musi robić wrażenie.

Powstaje pytanie: co z Hubnikiem? Czech przychodził zimą i nie ma wątpliwości, że mimo dwóch goli i gry przerywanej kontuzjami, to on był na finiszu sezonu podstawowym napastnikiem Legii (Kucharczyka traktuję jednak jak skrzydłowego). Mimo słabej skuteczności kibicom podobało się, że Legia ma napastnika silnego, który potrafi się zastawić i przepchnąć w polu karnym. Czy teraz klub z Łazienkowskiej, wypożyczając go na rok z Sigmy, za kilkaset tysięcy euro funduje sobie rezerwowego?

Żeby była jasność. Uważam, że Hubnik powinien zostać w Warszawie. Mam przeczucie, że jeszcze strzeli dla Legii kilka ładnych i ważnych goli. Zastanawia mnie tylko, czy klub, który ponoć nie ma wielu pieniędzy na transfery, nie zostanie bez grosza. A przecież według zapowiedzi szefów, latem na Łazienkowską ma jeszcze trafić ofensywny pomocnik, skrzydłowy i bramkarz.

Nie sądzę, żeby Ljuboja i Hubnik grali razem. W drużynie Macieja Skorży jest miejsce tylko dla jednego napastnika. Tak Legia grała w ubiegłym sezonie, tak chce grać teraz. Z dwoma defensywnymi pomocnikami i planowanym ofensywnym, na dwóch napastników miejsca nie ma. Hubnik na skrzydle nie zagra. Ljuboja w poprzednim sezonie też na skrzydle wystawiany nie był. Nie tędy droga.

Kibiców Legii czeka więc pasjonujący pojedynek o miejsce w pierwszym składzie dwóch niezłych napastników. Żeby im tylko zdrowie dopisało...