O sporcie, ale też o polityce. O piłce, ale też o lekkoatletyce. O Legii, ale też o całej reszcie... Kuba Dybalski
| < Luty 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29        
Tagi
Reklama na blogach - Blogvertising.pl

Wpisy z tagiem: ekstraklasa

sobota, 10 września 2011

Fot. Tomasz Waszczuk/Agencja GazetaPrzegrywając z Podbeskidziem Legia nie tylko zburzyła dobre wrażenie, jakie zbudowała od początku sezonu wynikami, ale też to jakie zbudowała niezłą grą. Po meczu trener Skorża przyznał, że nie ma piłkarza w zespole, który zasługiwałby na pochwałę.

Najbardziej widoczna była nonszalancja i niechlujstwo. Legia co chwila wyprowadzała jakąś kontrę i wyprowadzała ją źle. Na palcach jednej ręki można policzyć sytuacje w których piłkarz Legii otrzymałby szybkie podanie za plecy obrońców i to nie dlatego że bielszczanie tak szybko cofali się do obrony. Dlatego, że w prawie każdym ataku legioniści - każdy bez wyjątku, choć jedni częściej inni rzadziej - popełniali drobne błędy. A to podanie było zbyt lekkie i adresat zamiast biec musiał czekać na piłkę, a to podanie było za plecy i szybka akcja się zatrzymywała, albo ktoś był na spalonym. Albo podający zamiast rozejrzeć się po boisku, podać tam gdzie jest mniej rywali, kopał w największy tłum. Wcześniej Legia grała płynnie m.in. dlatego, że piłkarze się przykładali. W sobotę przykładali się mniej.

Porażka z Podbeskidziem to druga przegrana w pięciu meczach w lidze. Druga w trzech ligowych meczach na własnym boisku! Przegrywając 40 procent meczów mistrzostwa się nie zdobędzie. Można co najwyżej pobić osiągnięcie z poprzedniego sezonu, czyli zaliczyć 12 porażek w 30 meczach w lidze.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Obejrzałem w czwartej kolejce ekstraklasy trzy mecze rozgrywane na nowoczesnych stadionach. Niejeden europejski kraj może Polsce ich pozazdrościć. Stadionów, nie meczów.

Gdy je otwierano chodziło mi po głowie pytanie: Kiedy poziom spektaklu będzie tak bardzo odbiegał od poziomu otoczenia, w którym się odbywa, że zacznie mi to przeszkadzać? Właśnie zaczęło, bo na piątkowe popisy piłkarzy w Lubinie i poniedziałkowe w Gdańsku przeważnie nie dało się patrzeć. To niezwykłe uczucie, gdy przyjemniej ogląda się panoramę stadionu Lechii (wtedy można odnieść wrażenie, że to nie ekstraklasa, ale Liga Mistrzów, albo jakiś mecz mistrzostw świata), niż nieudolne próby przeprowadzenia ataku przez piłkarzy ŁKS, albo strzały Piotra Wiśniewskiego dookoła bramki.

W piątek Zagłębie miało rozbić w pył Podbeskidzie, które nigdy w ekstraklasie wcześniej nie grało i na razie specjalizuje się w ciułaniu punktów. Nie rozbiło, bo nie umiało. Przed sezonem Zagłębie typowano (również ja) na potencjalnego sprawcę niespodzianki in plus. Punkt po trzech kolejkach tłumaczono trudnym terminarzem (Legia - odwołana, Lech i Wisła). Ale Darvydas Sernas, Maciej Małkowski, Szymon Pawłowski i ich koledzy zagrali irytująco, często bezmyślnie. Jakby trudność sprawiało im nietrafienie piłką w nogi rywali. Bramek w tym meczu nie było, bo z kolei Podbeskidzianom nie były do szczęścia potrzebne. Przez 90 minut strzelali 4 razy. Celnie raz.

W Gdańsku Lechia też nie umiała strzelić gola. ŁKS gorzej - nie umiał grać w piłkę. W czterech kolejkach bilans bramkowy łodzian to 0-11 i to nie przypadek. Nie chodzi o to, ze piłkarze nie umieli przyjąć, kopnąć (to się zdarzało), dokładnie podać, czy celnie strzelić (to rzadziej), ale o to, że skonstruowanie składnej akcji było ponad ich siły. Pomysł na rozegranie akcji przez łodzian sięgał najdalej pierwszego podania. Zwykle do ataku biegali w trzech, czterech, bez większego planu.

Nieumiejętność strzelania goli (Zagłębie, Lechia), niechęć do strzelania goli (Podbeskidzie) poddaje w wątpliwość sens gry w piłkę, która jak wiadomo polega na zdobywaniu bramek. Nieumiejętność gry w piłkę (ŁKS) - tym bardziej. Nie oglądałem meczu w Górnik - GKS w Zabrzu, ale wystarczy mi statystyka strzałów. Bełchatowianie w całym meczu strzelali raz. Słownie: JEDEN RAZ. Niecelnie. Żeby tego dokonać, trzeba nie chcieć.

Kibice pośrednio sami przyznają temu rację. Na mieszczący ponad 16 tys. miejsc stadion Zagłębia przyszło nieco ponad 6 tys. kibiców. Na gdański 40-tysięcznik, na którym odbywał się drugi mecz po otwarciu (!) przyszło 22 tys. kibiców. Emocjonujące zawody w Zabrzu oglądało 3,5 tys. kibiców, bo tyle mogło. GKS miał szczęście, kibice mniej... Po co w ekstraklasie drużyny, które nie przyciągają kibiców?

Pytanie zasadne, bo między bajki można włożyć tłumaczenia, że był dzień roboczy, drogie bilety, czy inne w tym stylu. Słaba frekwencja po pierwsze była spowodowana słabym przeciwnikiem, po drugie słabym... gospodarzem.

Na Legii było nieco lepiej, bo w danym momencie na boisku była przynajmniej jedna drużyna grająca nieźle - przez pierwszą godzinę goście, przez ostatnie pół godziny gospodarze. Ale, choć w maju otwarto czwartą trybunę, frekwencja nie drgnęła w porównaniu z tą, gdy trybuny były trzy. Na Legię w niedzielę przyszło 18 tys. kibiców (60 proc. stadionu). Ku przestrodze.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Fot. Kuba Atys/Agencja GazetaRóżnica między Legią z poprzedniego sezonu, a Legią z obecnego sezonu jest taka, że tamta Legia nie miała napastnika, a ta ma. I nie chodzi tu nawet o to, że Danijel Ljuboja strzelił dwa gole Górnikowi.

Maciej Skorża uparł się przez cały poprzedni sezon, by grać jednym wysuniętym napastnikiem. Decyzja dobra, bo dwóch porządnych nie miał. Rzecz w tym, że nie miał nawet jednego, który sprawiałby obronie rywali kłopot. Takesure Chinyama był wspomnieniem gladiatora walczącego z trzema obrońcami naraz jeszcze zanim Skorża przyszedł do Legii. Michał Kucharczyk, choć utalentowany i nieźle wyszkolony technicznie, w walce bark w bark z gigantami typu Kożans czy Stano szans nie ma. Podobnie reszta legijnej ofensywnej młodzieży. Bruno Mezenga też preferował raczej futbol niekontaktowy.

Atletą miał być Michał Hubnik i pierwsze wrażenie zrobił dobre, ale potem głównie się leczył. Gdy w tym sezonie Czech wchodzi na boisko, widać różnicę między nim a Ljuboją. Hubnika obrońca nie przewróci, ale nim zachwieje i piłkę mu wybije. Serba przewrócić się nie da.

Umiejętność zastawiania się Ljuboja opanował do perfekcji. Z łatwością rzadko spotykaną na polskich boiskach potrafi też uwolnić się od obrońcy. Niby ma go na plecach, niby ten go szturcha, próbuje zabrać piłkę, ale po chwili Ljuboja już jest kilka metrów od niego, odwrócony przodem do bramki i z pomysłem gdzie zagrać piłkę.

Dla Legii to zmiana gigantyczna. Zwróćcie uwagę jak często w ekstraklasie takiemu poszturchiwanemu napastnikowi X z zespołu Y odskakuje piłka. I po akcji. Obejrzałem uważnie niedzielny mecz Lechii z Cracovią i było tam tego pełno. Albo trzymany za rękaw, wytrącony z równowagi, niedokładnie podaje. I po akcji. Albo padając na murawę i widząc, że traci piłkę, decyduje się na bezsensowny strzał. Dobrze wie, że będzie niecelny, albo lekko doturla się do rąk bramkarza, ale jakoś tak głupio nic nie zrobić z piłką, jak jest się w polu karnym. I po akcji.

Umiejętności Ljuboji – grania w tłumie, przepychania się z obrońcą, utrzymywania się przy piłce – to konkretna liczba strat w meczu mniej. To konkretna liczba ataków, które mogą być ponowione, a więc konkretna liczba szans jakie ma Legia na gola. To też wymierny czas w jakim warszawiacy utrzymują się przy piłce, w tym na połowie rywala, a więc też odpowiednio mniejszy czas posiadania piłki przez przeciwnika. Legii z Ljuboją gra się najzwyczajniej w świecie łatwiej.

Serba czasem jeszcze ogranicza to jak grają koledzy. Czasem czeka na podanie zbyt długo, chciałby dostać piłkę szybciej, gubi krycie, gdy kolega dopiero podnosi głowę po opanowaniu piłki. Ale to się poprawia. Choć z Górnikiem Legia zagrała w tym sezonie chyba najsłabiej (co nie znaczy źle, ale też bez rewelacji), to akurat współpraca Serba z kolegami układa się moim zdaniem coraz lepiej.

A jeśli jeszcze ma strzelać po dwa gole w meczu...

wtorek, 26 lipca 2011

Ekstraklasa S.A. z dużym wysiłkiem wymyśliła jak uzasadnić decyzję o przyjmowaniu kibiców gości w nadchodzącym sezonie. Wiadomo, jak się chce zrobić wbrew rządowi, policji, itd. to trzeba mieć ważny powód.

W spółce zarządzającej ekstraklasą wymyślono, że kibole na wyjazdach nie będą się awanturować, bo stowarzyszenia kibiców podpiszą z Ekstraklasą S.A. porozumienie. W porozumieniu „zobowiążą się do bezwzględnego przestrzegania prawa powszechnego na meczach T-Mobile Ekstraklasy, a także w drodze na stadion i ze stadionu”.

To nie wszystko. Kaganiec nałożony na kibiców jest jeszcze mocniejszy. „Naruszenie powyższych gwarancji będzie skutkowało sankcjami nakładanymi przez organy jurysdykcyjne Ekstraklasy SA, łącznie z możliwością nałożenia zakazu udziału zorganizowanej grupy kibiców gości w meczach wyjazdowych swojego zespołu do końca sezonu 2011/2012”.

Pomijam fakt, że żelazne gwarancje bezpieczeństwa na stadionach ekstraklasa widzi w tym, że ktoś zobowiąże się do przestrzegania prawa (jakby nie był wcześniej zobowiązany), a grozi zakazem wyjazdowym (jakby wcześniej nie mogła go nałożyć). Przypominam sobie za to rozmowę z jednym z przedstawicieli stowarzyszenia kibiców, który na zarzut, że kibice jego klubu się awanturują z rozbrajającą szczerością rozłożył ręce i stwierdził, że przecież wśród kilku tysięcy ludzi nie jest w stanie kontrolować, że zawsze znajdą się wśród nich tacy, którzy będą dymić, poza tym członkowie stowarzyszenia się nie awanturują.

To po co te porozumienia?

17:09, kubadybalski
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 02 maja 2011

Za nami kolejka cudów. Z pięciu pierwszych zespołów w tabeli przed poprzednią kolejką tylko trzeciej Lechii Gdańsk udało się w przedziwny sposób zremisować. Pozostali poprzegrywali. Szósty Śląsk wygrał, pokonując czwartą Polonię Warszawa. Wygrała też siódma Legia. Biorąc pod uwagę ostatnie wyniki warszawian, też jest to pewną niespodzianką.

Takich kolejek do końca sezonu pewnie czeka nas więcej. I nie powinno to kibica cieszyć, bo nic nie ma wesołego w tym, że liga się wyrównuje, skoro równa w dół.

Ci, po których do niedawna można się było spodziewać głównie zwycięstw pogrążają się w ligowej szarzyźnie. Dzięki temu szarzyzna radzi sobie świetnie, ale wciąż jest szara. To, że Górnik pokonał Wisłę, nie wynika z tego, że zabrzanie nagle stali się czołową drużyną ligi, ale z tego, że krakowianie, choć dominują na boisku, są rażąco nieskuteczni. Górnik w sobotę pokazał wybieganie i kondycję, ale kto zaświadczy, że drużyna która nie wygrała trzech poprzednich meczów odniesie zwycięstwo w trzech najbliższych? Czy Polonia Bytom, po pokonaniu rywali ma w planach włączenie się do walki o puchary? Czy może wygrała, bo Jagiellonia trzy razy zaspała w obronie? Czy wynik tego meczu dobrze świadczy o Polonii, czy raczej źle o Jagiellonii?

Obecny sezon to czasowa dominacja tych, którym akurat przez kilka tygodni coś się udaje. Ale szybko przestaje wychodzić. Jagiellonia wydawała się solidnym kandydatem na mistrza, ale na początku wiosny zapomniała jak się wygrywa. Polonia Warszawa najpierw broniła się przed spadkiem, potem wygrywała jak leci, ale znów przegrała. Nawet Wisła, która imponowała formą na początku wiosny, przegrała dwa mecze z rzędu, a z Pucharu Polski wyeliminował ją drugoligowiec. Do tytułu pewnie się doczłapie, ale co to będzie za mistrz? Rok temu po 24 kolejkach Wisła miała na koncie dziewięć punktów więcej niż obecnie.

O finalistach Pucharu Polski, czyli Legii i Lechu nawet nie ma co wspominać.

Poniżej trzy wypowiedzi trenerów po meczach ostatniej kolejki. Wszystkie pod hasłem „nie wyszło”:

- Niewiele jest w polskiej lidze drużyn, które chcą grać w piłkę, a nie cofają się, licząc na kontry. Dla nas teraz liczą się wyłącznie punkty, na początku rundy chcieliśmy grać efektownie i za to zapłaciliśmy – Maciej Skorża po meczu z Widzewem (1:0)

- Przed meczem mówiłem, że w Zabrzu zagraliśmy najgorszy mecz w sezonie. Dzisiaj myślę, że nie było tak źle jak wtedy, ale nie graliśmy na naszym poziomie. Staraliśmy się naciskać Górnika, jednak od był dobrze ustawiony i to on na nas czasami naciskał – Robert Maaskant po meczu z Górnikiem (0:2).

- Uważałem, że to jest doskonały moment na zwycięstwo na wyjeździe. Graliśmy na bardzo dobrze przygotowanym boisku, przy znakomitej atmosferze. Niestety nie udało nam się wygrać – Jose Mari Bakero po meczu z Zagłębiem (0:1).

P.S. "Nawet jeśli zdobędziemy mistrzostwo, to co dalej? Znów zagramy katastrofalnie jak z Górnikiem i uciekną nam szanse na Ligę Mistrzów?" - Tomas Jirsak.

środa, 06 kwietnia 2011

Oglądając we wtorek mecz Interu z Schalke w Lidze Mistrzów przyszło mi do głowy, że coś takiego już niedawno widziałem na nieodległym stadionie w Warszawie. Zbieżności jest mnóstwo.

1. Inter do przerwy dominował na boisku, częściej był przy piłce, a jego akcje były groźniejsze. Zaczął od niesamowitego gola. Schalke za to kontratakowało z chirurgiczną precyzją i jak już goście znaleźli się w polu karnym Interu, to wpadało. Zresztą przedziwnie, bo pierwszego gola Schalke strzeliło po zamieszaniu, a przy drugim Edu wpakował piłkę do siatki w tak ekwilibrystyczny sposób, że sam Julio Cesar był zdziwiony. W każdym razie w przerwie Inter, podobnie jak Legia ukłuty w pierwszej połowie, mógł spokojnie myśleć o wygranej.

2. W drugiej połowie Inter stracił szybko dwa gole i się rozpadł. Po piłkarzach Schalke nie było wydać, że boją się porażki lub remisu, podobnie jak po dość swobodnie biegających po boisku w sobotę chorzowianach. Wiedzieli, że krzywda im się nie stanie. Skalę rozpadu mediolańczyków udowodnił piąty gol dla gości. Robili w polu karnym rywali co chcieli. Mniej więcej tak jak Arkadiusz Piech miedzy obrońcami Legii.

3. Inter został upokorzony przed własną publicznością. Niemiecki komentator powiedział, że wspaniała atmosfera San Siro zamieniła się atmosferę przypominającą cmentarz. Na Legii po końcowym gwizdku atmosfera przypominała taką z igrzysk. Gdy publika nie mogła się doczekać wypuszczenia lwów.

4. - Trudno coś powiedzieć po takiej klęsce. Świetnie zaczęliśmy i nie mogłem przypuszczać, że tak to się skończy - przyznał po meczu trener Interu Leonardo. Podobnie mówił trener Skorża, choć Leonardo pokusił się u próbę tłumaczenia. Że wyraźnie nie wytrzymali fizycznie, że to niejedyny powód, itp. Trener Legii sprawiał wrażenie jakby nie wiedział dlaczego stało się to co się stało i jak temu zaradzić.

5. - Nie wiem co się stało. Nie wiem jak to wyjaśnić. Zaczęliśmy dobrze i nagle totalny black-out. Musimy myśleć pozytywnie, skupić się na kolejnym meczu. Czeka nas liga, a potem zagramy w Niemczech w rewanżu - powiedział rozbity lewy obrońca i kapitan Interu Javier Zanetti. - Wstyd. Prowadzimy 2-0, absolutnie kontrolujemy mecz, a od 44. minuty zachowujemy się tak, jakby ten mecz już się skończył. Nie wiem co teraz. Nie mam pojęcia... Oczywiście mamy przed sobą kolejny mecz i tego spotkania nie można zbyt długo rozpamiętywać. Nie ma czasu na płakanie, nie ma czasu na marudzenie, wytykanie sobie błędów. Trzeba się sprężyć i wygrać ten mecz, bez względu na styl - stwierdził po sobotnim meczu lewy obrońca Legii, jeszcze nie kapitan, Jakub Wawrzyniak.

I tylko szkoda, że okoliczności były nieco inne. Działacze Legii kłopoty w ćwierćfinale Ligi Mistrzów pewnie wzięliby z pocałowaniem ręki. Gdyby tylko ktoś zaproponował...

P.S. Dziś o 18.30 Legia gra w Gdańsku z Lechią. Zestaw przemyśleń w trakcie będę publikował na Twitterze, czyli tutaj.

sobota, 02 kwietnia 2011

- No więc, od czego by tu zacząć...

- Stadion, proszę Pana! Cud techniki! Fenomenalna akustyka, doskonała widoczność z każdego miejsca. Loże Vip, szeroki zakres cen, karnety, bilety, karty. Rodzinny sektor nawet mamy. Doskonałą atmosfera na każdym meczu. 31 tysięcy gardeł! Pan wie co to znaczy? Wielkie piłkarskie święto! Punkty gastronomiczne. Pan wie, że na jednego klienta wystarczy 15,478 sekundy żeby był w nich zadowolony? Sportowe serce...

- O trenera chciałem zapytać...

- O trener! Tak! Młody! Zdolny! Mieliśmy młodego zdolnego, ale nie wygrywał tyle ile trzeba, to zamieniliśmy na takiego co nie wygrywał, ale sza! Już wiedzieliśmy, że go zwolnimy, żeby zatrudnić takiego co wygrywał, co o nim wiedzieliśmy, ze go zatrudnimy zanim wiedzieliśmy że zaproponujemy mu pracę. Ale to taka niespodzianka była. Wie pan. Wielki sport wymaga dyskercji. I co się okazało? Dziesięć zwycięstw w tym sezonie! Pan wie kto wygrał dziesięć razy w tym sezonie? Nikt! I pan to może sprawdzić!

- Słyszałem, że piłkarze...

- Panie! Nie ma nigdzie takich. Dwa i pół miliona wydaliśmy na nich. Kto tyle wydał? Nie ma takiego! Dwa i pół miliona! I to nie złotych. Euro. Pan wie co można by kupić za tyle kasy? Z dziesięć milionów paczek chrupek, na przykład. Panie co za piłkarze! Jeden lepszy od drugiego. Brazylia, Argentyna, Chorwacja... Marek mówił, że na oczy nie widział. Mistrzowie, królowie, talenty. Nawet jeden z Cypru! A pan wie, ze Cypr to niedawno Liga Mistrzów i te rzeczy.

- No właśnie, europejskie puchary...

- Podbijemy Europę! Europejskie puchary leżą u naszych stóp! Reale, Barcelony, Manchestery (dwa są zdradzę panu!). Wszystkie leżą.  Jak tylko awansujemy to im pokażemy, wszystkim. Wiele lat pracowaliśmy i wreszcie na pewno, jak nie w tym sezonie to na pewno w następnym. Bo teraz, zdradzę panu, jest łatwiej bo reforma, rankingi, klub z Polski to w zasadzie już tam powinien grać regularnie, gdyby wykonał całą tę pracę co my wykonaliśmy. To znaczy jest taki jeden, ale on psim swędem... A my tu wszystko marketnigowo, przemyślanie, nie na chybcika. Mówię panu! W przyszłym sezonie to się będzie działo. Ho ho!

- Ale czy macię drużynę, która temu wszyskiemu stawi czoła?

- Czy co mamy? "Drezynę"?

- Drużynę. Wie pan... żeby piłkarze wiedzieli jak grać, żeby się rozumieli na boisku...

- Tłumaczy mamy.

- Ale drużynę...

- Czekaj pan... "drużynę"...zajrzę w kosztorys...jak to się pisze?

sobota, 26 lutego 2011

Dziś Plus/minus ofensywny. Legia zagrała w Krakowie jak nie-Legia. Zremisowała w lidze po raz pierwszy w tym sezonie, trzy gole strzeliła po raz pierwszy od kwietnia (choć w tym sezonie trafiła już cztery razy w Kielcach), za to w obronie jak zwykle... więc:

Plus - Nikt inny nia zasłużył bardziej niż Michal Hubnik. Dziwiłem się, że piłkarz o takich statystykach i charakterystyce idzie do polskiej ligi, a nie jakiejś lepszej. Dziwili się Czesi, z którymi rozmawiałem. Po meczu w Krakowie dziwię się jeszcze bardziej. Hubnik imponował łątwością oddawania celnych strzałów, strzelił gola z niczego, wykorzystując błąd Jarabicy huknął mocno, po ziemi, obok bramkarza. Takich uderzeń nie ma wiele w ekstraklasie.

Minus - Żeby nie męczyć już Wojciecha Skaby, Inakiego Astiza i sędziego Włodzimierza Bartosa trzeba dać minus Takesure'owi Chinyamie. Napastnik z Zimbabwe osłabił zespół. W polu karnym nie wiedział co zrobić z piłką (jeden ze współoglądających mecz powiedział, że Chinyama przegrał drybling z samym sobą). Niby zawsze tak było, a były król strzelców na siedem okazji trzy razy kopał w trybuny, trzy razy faulował, a raz trafiał, ale czy to go usrawiedliwia?

P.S. Kilkanaście razy obejrzałem sytuację z piłką na linii bramkowej po strzale Kuby Wawrzyniaka (któremu też należy się co najmniej mały plusik) i wciąż nie jestem pewien, że gol padł, tak samo jak nie mam pewności, że go nie było.

niedziela, 05 grudnia 2010

Był taki mecz w poprzednim sezonie. W Bełchatowie GKS podejmował Legię. Jan Mucha zrobił wtedy widowisko. Słowak bronił w nieprawdopodobnych sytuacjach. Nie tylko szalał między słupkami. Pozwalał sobie na interwecje 20, 30 metrów od bramki. Przyćmił swoim występem pozostałych biegających po boisku. Zagrał świetnie i z przyjemnością patrzyło się na to, co robi na boisku.

A latem odszedł z Legii. Szkoda. Mucha był jedynym piłkarzem z poprzedniego sezonu, którego oglądało się z przyjemniością. Estetyka w futbolu jest ważna. Nie można zachwycać się miesiącami tylko tym, czy ulubiona druzyna strzeli gola czy nie. Każdy chciałby raz na jakiś czas zobaczyć, że piłkarz z jego ulubionej drużyny mija rywala, a ten ze zdziwienia otwiera usta. W ekstraklasie o to trudno.

W rundzie jesiennej zdarzyło się jednak co najmniej dwoch piłkarzy, którzy potrafili zachwycić kibiców. Dla Ivicy Vrdoljaka mecz z Lechem, byl pokazem umiejętności. Chorwat, atakowany przez trzech rywali, potrafił utrzymać piłkę. W jego wykonaniu mecz z mistrzem Polski był pokazem umiejętności. Udowodnił jak bardzo jeden piłkarz może wpłynąć na cały zespół. W spotkaniu z Koroną Miroslav Radović wywalczył rzut karny, strzelił gola, dryblował tak skutecznie jak trzy lata temu gdy trafił do Legii.

Śledząc mecz, widać wyraźnie któremu piłkarzowi gra sprawia przyjemność, a dla którego jest pracą, którą trzeba wykonać i tyle. Patrząc na Borussię Dortmund w drugiej połowie meczu z Norymbergą można odnieść wrażenie, że piłkarzy z Dortmundu nakręca posiadanie piłki, dodaje animuszu ciągłe nękanie przeciwnika. Im dalej w mecz tym bardziej piłkarze Borusii chcieli strzelić gola. Vrdolajk i Radović potrafili zagrać jesienią mecze, w których było widać tę samą pasję. Żeby wiosną ją utrzymali.

sobota, 20 listopada 2010

Kolega z redakcji, po uważnym obejrzeniu meczu Legia - Arka, postawił taką oto tezę: "Legia sprzed roku, Legia Jana Urbana pokonałaby dzisiejszą Legię Macieja Skorży 4:0". Po tym wyznaniu i chwili zastanowienia dodał: "No może jakby skorżowa Legia miała gdzieś w okolicy pola karnego rzut wolny, to byłoby 4:1".

Potem zaczęliśmy się wspólnie zastanawiać (bezskutecznie) jak tamta Legia w ogóle wygrywała, bo przecież był to wstęp do jednego z najczarniejszych okresów gry tej drużyny. Pamiętam, ze długimi momentami na grę Legii nie dało się patrzeć, za to w przeciwieństwie do tej obecnej nie wykorzystywała stałych fragmentów gry. Jesień kończyła w połowie grudnia meczem z Arką, który po przesłabej grze wygrała dzięki bramce z rzutu karnego.

Ale tamta Legia po 14 kolejce miała na koncie cztery punkty więcej niż obecna i tylko 2 razy przegrała (obecna 6 razy). Strzeliła 20 goli, a straciła zaledwie 7. Obecna Legia w 14 meczach trafiała 18 razy, ale bramkarze wyciągali piłkę z siatki aż 19 razy. Poza oczywistą różnicą polegającą na tym, że teraz nie ma Jana Muchy i jest to strata której się zastąpić po prostu nie da, mój redakcyjny kolega zauważył jeszcze jedno. Obecna Legia jest co najmniej od kilku kolejek kompletnie bezradna w ataku. Wyłączając stałe fragmenty gry nie potrafi stworzyć pół groźnej sytuacji pod bramką rywala. Kopnięcia Tomasza Kiełbowicza pozwalają jej na zajmowanie miejsca tuż za liderem tabeli, ale bez nich...

Ktoś kto nie widział meczu z Arką może być zdziwiony, ale Legia wygrała 3:0 szczęśliwie. Dostała prezent od sędziego, który podyktował rzut karny (Radović został sfaulowany, ale wczesniej sam faulował), a potem dwa prezenty od bramkarza rywali, który sam wrzucał sobie piłkę do siatki. Ani razu nie rozegrała porządnego ataku. Pierwszy celny strzał legioniści oddali w 29. minucie. Potem celnie strzelali już tylko z rzutu karnego i dwa razy w Witkowskiego, który po siatkarsku kierował piłkę do własnej bramki. Nawet Maciej Skorża po meczu przyznał, że Legia nie zagrała najlepiej. Trudno trenerowi mówić, po meczu wygranym 3:0, że jego drużyna zagrała jeden z najsłabszych meczów w sezonie, ale wynik nazwał "paradoksem", a rzut karny określił jako "kontrowersyjny".

Legia urbanowa, sprzed roku, z Bartłomiejem Grzelakiem, Marcinem Smolińskim i Marcinem Mięcielem okazje jednak stwarzała, choć doznania artystyczne po jej obejrzeniu niewiele rózniły się od dzisiejszych. Jednak po letnich zakupach na Nowym Stadionie Nowa Drużyna miała stanowić nową jakość. Nie stanowi.

PS. A za tydzień Legia jedzie do Bytomia na mecz z Polonią prowadzoną przez Jana Urbana...

 

 
1 , 2