|
O sporcie, ale też o polityce. O piłce, ale też o lekkoatletyce. O Legii, ale też o całej reszcie...
Kuba Dybalski
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Euro 2012
Sport.pl
Starsi i młodsi koledzy
W kurzu, błocie...
Tagi
Reklama na blogach - Blogvertising.pl
|
piątek, 04 maja 2012
piątek, 27 kwietnia 2012
Kuba zrobił dwa zdjęcia. Takie we wtorek.
A takie przed rokiem.
Nie wiem po co piłkarze cieszą się z triumfu z kimś kto przyłożył i zbluzgał ich kolegę. Nie wiem dlaczego szefom Legii to najwyraźniej nie przeszkadza, choć powinni przynajmniej uzmysłowić piłkarzom, że pewne rzeczy źle wyglądają. A tego najwyraźniej nie zrobili. Czym innym jest cieszyć się ze zwycięstwa z kibicami, czym innym cieszyć się ze stadionowym recydywistą. Tym bardziej, że na stadion Legii jegomość, który po raz drugi zdobył Puchar Polski (bez większego wysiłku), nie jest wpuszczany z zasady. W każdym razie źle to wygląda.
niedziela, 22 kwietnia 2012
I to paradoksalnie duży problem Legii. A raczej to, że to właśnie on błyszczy, a nie nikt inny. - Naszym celem było zdominowanie Lecha, od początku chcieliśmy dostarczać piłkę w ich pole karne i początek był taki jak zakładaliśmy - powiedział po meczu trener Skorża, który potem dorzucił jeszcze, że jego drużyna zagrała jeden z najlepszych meczów w rundzie. Generalnie trudno się z nim nie zgadzać. Gospodarze zwykle wymieniali podania na połowie rywali, ci z kolei atakowali rzadko, groźnie może dwa razy w meczu. Duża w tym zasługa właśnie Vrdoljaka, który pilnował środka boiska, a od czasu do czasu biegł z piłką do przodu. Pamiętacie akcję po której w polu karnym Lecha pogubił się Nacho Novo? Zaczęła się od rajdu Chorwata. Za wszystkie plusy w grze Legii odpowiada właśnie Vrdoljak. Gdyby w piłce nie trzeba było strzelać, goli Legia już dawno byłaby mistrzem Polski, bo biorąc pod uwagę całą resztę, jest najlepsza w lidze. Niestety jacyś złośliwi Anglicy wymyślili kiedyś, że trzeba trafiać do bramki, a z tym akurat legioniści wiosną mają ogromne problemy. Strzelili cztery gole Śląskowi a poza tym? Siedem goli w dziewięciu meczach. Aż cztery razy warszawiacy w ogóle nie potrafili strzelić rywalom gola (na dziesięć ligowych spotkań wiosną, tyle samo razy nie trafiali do siatki rywali przez całą rundę jesienną). A Vrdoljak niestety nie jest od strzelania. Czasem wbiegnie w pole karne przy rzucie rożnym. Raz na sezon strzeli z dystansu, ale strzelać nie będzie. Od tego są inni i zawodzą. Jeszcze jedna statystyka jest ciekawa. Jesienią Legia traciła gola w 15 meczach we wszystkich rozgrywkach. Siedem z nich i tak wygrała. Wiosną straciła przynajmniej jedna bramkę w dziewięciu spotkaniach. Wygrała tylko dwa - oba z Arką Gdynia w półfinale Pucharu Polski. Czyli jak się strzeli Legii gola to przynajmniej o remis można być spokojnym.
niedziela, 15 kwietnia 2012
„Laws of the Game” - czyli zbiór przepisów dotyczących futbolu, określają, że mecz powinien się odbywać na naturalnej lub sztucznej murawie, a jeśli na sztucznej, to musi być koloru zielonego. W szczegółach FIFA dość dokładnie opisuje cechy jakie powinna mieś sztuczna murawa, na stronie internetowej można znaleźć system klasyfikacji dotyczący takich nawierzchni. Światowa federacja sama przyznaje, że „nie w każdym miejscu na świecie może rosnąć naturalna murawa”. Ale o wymogach jakie musi spełniać ta naturalna zbyt wiele na stronie FIFA nie ma. Próbowałem sobie przypomnieć gdzie widziałem gorszą murawę niż w Łodzi i nie wiem. Koledzy wspominają, że czasem na San Siro jest fatalnie bo grają tam dwa zespoły i od dłuższego czasu jest pomysł, by zrobić częściowo sztuczna nawierzchnię, ale tamta murawa w niczym nie przypomina łódzkiego... czegoś. Franciszek Smuda debiutował jako trener kadry meczem towarzyskim z Rumunią. Zagrali przy Łazienkowskiej w listopadzie. - Przez dziesięć ostatnich lat nie grałem na tak fatalnym boisku. Piach, wyrwane kępy traw... – mówił po meczu Tomasz Kuszczak. Wa skrócie poniżej widać jak piłkarze się ślizgają na piachu, wysypanym w dziurach między trawą. Ale jednak trawa stanowiła większość. Rok temu Polska grała w Kownie z Litwą. To na czym grała też trudno było nazwać murawą. Hiszpańska prasa (Hiszpanie grali z Litwinami kilka dni później) rozpaczała nad tym, że piłkarze Realu i Barcelony za chwilę połamią sobie nogi i zamieszczała szokujące zdjęcia. Jednak na filmie poniżej możecie zauważyć, że źdźbła - choć żółte i nieliczne - jednak są. Widać to na zbliżeniach. Dla porównania Legia zagrała z Widzewem na tym:
A tutaj skrót meczu. Na jednej z połów jest regularna pustynia. Legii brak trawy nie usprawiedliwia. Nie wygrała przez własny błąd i niemoc w ataku, a gdyby sędzia lepiej przyjrzał się interwencji Duszana Kuciaka z ostatniej minuty (skądinąd bronił znakomicie) i kilku faulom Ivicy Vrdoljaka, kończyłaby mecz w dziewiątkę. Ale rację miał Jakub Wawrzyniak, który po meczu stwierdził, że gra na takim boisku to nieporozumienie. Sędzia przed meczem ocenia stan boiska. W Łodzi grać się dało, tak samo jak da się grać na większości podwórek. Można grać w piłkę na betonie, sam kiedyś z kolegami grałem w śniegu (dużo śmiechu, mało płynnej gry), można grać na plaży. Ale to jednak ekstraklasa. W piłkę gra się ponoć na trawie.
sobota, 07 kwietnia 2012
Co ma wspólnego Legia z rewolucją kubańską? Koślawa paralela przyszła mi do głowy pod koniec meczu z Ruchem. Plus minus dwa lata temu Skorża zaczął pracę z Legią od malowniczej katastrofy przy Konwiktorskiej, przegrywając z Polonią 0:3. Wszyscy „chłopcy z plakatu” wtedy zagrali. Nic im kompletnie nie wychodziło. Było to 90 minut niezrozumienia, a sam trener na pomeczowej konferencji kompletnie nie potrafił wytłumaczyć co się stało. To była twarz człowieka, który spodziewał się zupełnie czegoś innego. Po dwudziestu miesiącach Legia zmierza po mistrzostwo i Puchar Polski, a cały – nazwijmy go – układ piłkarski w ekstraklasie - się wali. Lech się gdzieś pogubił, Wisła z końcem sezonu się rozpada i obniża budżet, Śląsk bankrutuje. Ruch Chorzów, kilkutygodniowe piłkarskie objawienie, przy Łazienkowskiej okazał się w tym meczu zaledwie „przeszkadzaczem” na miarę innych „przeszkadzaczy”, którym czasem udaje się urwać punkty. W Polonii o jakiejkolwiek ciągłości trudno mówić. Tytuł Legii sam się pcha w ręce i warszawiacy jeszcze nie są go pewni, bo sami sobie komplikują drogę. Ale po wygranej 2:0 w sobotę trudno wskazać innego kandydata do mistrzostwa na pięć kolejek przed końcem. Twierdzenie, że Legia być może zdobędzie tytuł (a przynajmniej jest do tego głównym kandydatem) bo wszyscy się przed nią położyli, byłoby niesprawiedliwe. Zresztą Castro, też się mimo wszystko do obalenia Batisty przyłożył. Drużyna Skorży zyskała w tym sezonie cechę, której nie miała w poprzednim i to właśnie ta cecha jest w jej przypadku kluczowa. Wygrywa ważne mecze, a to zdolność w futbolu bezcenna. Ile razy już wszystko w tym sezonie miało się przy Łazienkowskiej zawalić? 0:2 w rewanżu ze Spartakiem, a wygrali. Śląsk miał ograć Legię i uciec na amen, no to warszawiacy wygrali 4:0 i od tego zaczęły się wrocławskie kłopoty. Teraz rewelacyjny na wiosnę Ruch przyjechał, piłkarze zapowiadali walkę o tytuł i Legia zagrała jeden z lepszych meczów na wiosnę. W Warszawie nie martwią się jak w Krakowie, że po sezonie wszyscy odejdą. Kluczowym piłkarzom – Żewłakowowi, Ljuboi – kończą się umowy, ale już trwają negocjacje w sprawie ich przedłużenia. Działa akademia, która daje nadzieję, że nawet jak jakiś młody talent zostanie sprzedany, to wskoczy do składu następny. Od lat nie było w ekstraklasie lidera, który – nawet jeśli potrafił grać ładnie i skutecznie – nie prowokowałby pytań: „ale co w następnym sezonie?”, „ale czy nie zbłaźni się w LM?”, „ale czy się latem nie powysprzedaje?” Legia mam wrażenie, że ich nie prowokuje. A Fidel, chcąc nie chcąc, utrzymał się dłużej niż ktokolwiek się spodziewał.
sobota, 31 marca 2012
Remis grając dziewięciu na jedenastu na stadionie Wisły może uchodzić za heroiczny wyczyn, nawet jeśli Wisła była bezzębna, a jej zdolność do strzelania goli to w porywach dolne stany średnie. Ale Legia sama się wpędziła w sytuację heroiczną, w której 0:0 jest sukcesem. Bo tak naprawdę to żaden sukces. Wisła była słaba jak nigdy, przynajmniej w erze Bogusława Cupiała. Trzeba było ją ograć. Legioniści mogą tylko się cieszyć, że mieli szczęście bo trafił im się mecz z czerwonymi kartkami z zespołem, który nie był w stanie tego wykorzystać. Już wcześniej pisałem, że Legia czołga się po tytuł. Wyczynem jest jej utrzymywanie się na pierwszym miejscu w tabeli. Po wygranej ze Śląskiem zrównała się z wrocławianami punktami. Od tamtej pory w czterech kolejkach wygrała raz, ale wciąż prowadzi. Za tydzień to się skończy - albo Legia wygra, albo pożegna się z pierwszym miejscem.
piątek, 30 marca 2012
Przepytałem przed piątkowym meczem w Krakowie kilka osób o to czy Legia jest faworytem. Większość twierdziła że nie, co mnie nie dziwi, bo też nie czuję żeby warszawiacy mieli nad rywalami jakąś przewagę. Co prawda Legia prowadzi w tabeli, Wisła jest siódma i traci do niej jedenaście punktów w tabeli, ale co z tego. Na wyjeździe Legia z Wisłą w ostatnich latach w lidze wygrała tylko raz - w Sosnowcu. W Krakowie ani razu. Pięć razy przystępowała do meczu z krakowianami wyprzedzając ją w tabeli i nie wygrała ani razu. Trzy ostatnie z tych meczów miały miejsce w Krakowie - 1:3, 0:1, 0:4. Co więc wynika z tego, że Legia jest liderem, a Wisła nie? Kompletnie nic. Legia ma z Wisłą jeszcze jeden problem. Nie wygrywa z nią ważnych spotkań. Gdy zwycięża, to niewiele jej to daje. Co z tego, że dwa ostatnie spotkania wygrała po 2:0. Przed rokiem krakowianie przyjechali do Warszawy tuż po świętowaniu mistrzostwa Polski. Jesienią Legia wygrała, ale kluczowe są wygrane wiosną, gdy obie drużyny wpadają na siebie kilka kolejek przed końcem sezonu. I co z tego wynika: wiosna 2011 - 2:0 w Warszawie, mecz bez znaczenia; wiosna 2010 - 0:3 przy Łazienkowskiej; wiosna 2009 - 0:1 w Krakowie, które zabrało Legii szansę na tytuł; wiosna 2008 - 2:1 w Warszawie, mecz bez znaczenia (Wisła była pewna tytułu); wiosna 2007 - 1:3 w Krakowie (Wisła remisowała i przegrywała na potęgę, przez całą wiosnę wygrała trzy mecze w lidze, ale Legię pokonała); wiosna 2006 - 1:2 w Warszawie, bez znaczenia bo Legia miała już tytuł (ale to jednak porażka u siebie); wiosna 2005 - 5:1 w Warszawie, ale mecz bez znaczenia (Wisłą miała gigantyczną przewagę w lidze nad drugim Groclinem); wiosna 2004 - 0:1 w Krakowie; wiosna 2003 - 1:2 w Krakowie. Trzeba się cofnąć 10 lat wstecz, żeby znaleźć wiosenne mecze z Wisłą, które Legii cokolwiek dały. W sezonie 2001/02 wygrała 1:0 i 1:1 i zdobyła mistrzostwo.
poniedziałek, 26 marca 2012
Śląsk zresztą leży na plecach, a wciąż jest drugi. Ktoś w klubie wyliczył, że do tytułu potrzebne są 63 punkty. Nie licząc poprzedniego sezonu, w którym Wisła wygrała ligę zdobywając 56 punktów (czyli haniebnie mało, ale wtedy na plecach kładli się wszyscy), rzeczywiście mistrz Polski zdobywał mniej więcej tyle, a często i więcej. Wyliczenie nastąpiło jednak kilka kolejek temu i trzeba je zweryfikować, bo żeby zdobyć 63 punkty Legia musiałaby do końca sezonu wygrać prawie wszystko, pozwalając sobie na jeden remis. Jakoś trudno w to uwierzyć. Legia w ciągu nieco ponad tygodnia nie potrafiła wygrać przy Łazienkowskiej z Polonią (tłumaczenie - w derbach zawsze gra się trudno), z trzecioligowym Gryfem (tłumaczenie - awans był zapewniony i piłkarze nie byli skoncentrowani) i GKS (tłumaczenie - każdego piłkarza Legii stać na lepszą grę). Ale dopiero kwiecień będzie dla niej naprawdę trudny. Jedzie do Krakowa, potem u siebie zagra z Ruchem, potem jedzie do Łodzi na mecz z Widzewem a w następnej kolejce podejmuje Lecha. W międzyczasie gra dwa mecze z Arką. Pod koniec kwietnia może być pewna mistrzostwa i przygotowywać się do finału Pucharu Polski. Albo przygotowywać się do kolejnego sezonu.
środa, 21 marca 2012
Zawaliłeś na studiach egzamin, który zdawali wszyscy? "Jak Legia w Sanoku". Na rozmowie o pracę palnąłeś jakieś głupstwo, gdy już miałeś pracę w kieszeni? "Jak Legia w Sanoku". Kiedyś wracając do domu zamiast wsiąść w lekko przepełniony autobus, pomyślałem że wrócę podmiejską kolejką. Rozkłąd był jednak weekendowy, następny pociąg za dwie godziny, przyszła burza, spóźnił się, tłok jak kurniku, zimno. W domu byłem trzy godziny później niż powinienem. "Jak Legia w Sanoku". Dla tych nielicznych, którzy nie wiedzą o co chodzi - w sezonie 2006/07 Legia (mistrz Polski), pojechała na mecz 1/16 finału Pucharu Polski do Sanoka, gdzie ówczesna trzecioligowa Stal, zajmująca ostatnie miejsce w tabeli (przypominam - III liga, grupa 4.), bez zwycięstwa w lidze, pokonała ją 2:1 i wyrzuciła z rozgrywek. Stal z rozpędu trzy dni później wygrała również 2:1 z Wisłoką Dębica. Poza tym w tamtym sezonie zdobyła trzy punkty w lidze jeszcze tylko raz (osiem miesięcy później walkower z AKS Busko Zdrój) i spadła. Wróciłem z meczu Legii z Gryfem Wejherowo, w którym legioniści uratowali remis w ostatniej minucie po rykoszecie. Grali na własnym stadionie (sześć lat temu na wyjeździe), bez żadnej presji (sześć lat temu decydował jeden mecz, tym razem awans mieli w kieszeni po wygranej przed tygodniem 3:0), mocnym składem (atak Blanco-Ljuboja cenię wyżej niż atak Włodarczyk-Gottwald). I co? I zagrali jak Legia w Sanoku.
poniedziałek, 19 marca 2012
Pomyślcie jakby to wyglądało, gdyby w poniedziałek Wydział Gier uznał, że Legia popełniła tak poważne naruszenie przepisów, że dałby gryfitom walkower. Nagle okazałoby się, że legioniści grają bardzo poważny mecz, który muszą wygrać czterema bramkami, ewentualnie 3:0 by doprowadzić do dogrywki. Tak wysoko z klubem z niższej ligi w Pucharze Polski wygrała ostatnio pięć lat temu z rezerwami Sandecji Nowy Sącz (4:0), wcześniej 6:0 ograła Hetmana Zamość, a 4:0 Świt Nowy Dwór. Czyli da się, ale łatwo by nie było. A Puchar Polski piechotą nie chodzi. To trofeum, osiągnięcie, które - przynajmniej oficjalnie - uratowało przed rokiem Macieja Skorżę przed zwolnieniem. Wreszcie to 30 proc. premii ekstra jakie za cały sezon dostaną piłkarze. Jest o co grać. Warszawiacy nagle znaleźliby się w stresowej sytuacji, bo głupio odpaść z trzecioligowcem. Zrzucić winę na „niedobry” PZPN też nie bardzo można by było, bo i tak wszyscy by mówili, że taka drużyna jak Legia, takiemu zespołowi jak Gryf powinna wbić pięć goli na dzień dobry. Trenerzy musieliby więc wystawić pierwszy skład, a piłkarze z każdą minutą bez strzelonego gola denerwowaliby się coraz bardziej. Byłyby emocje, jakich trudno byłoby się spodziewać po meczu z trzecioligowcem. Nie twierdzę, że w poniedziałkowe popołudnie ludzie nagle zaczęliby szturmować kasy Legii, ale frekwencja zrobiłaby się wyższa, bo dzień później przy Łazienkowskiej kibice rzeczywiście mogliby się spodziewać ciekawego zdarzenia i właściwie niezależnie od wyniku mecz miałby jakąś historię. Zresztą po przenudnych derbach Warszawy słabszego meczu we wtorek legioniści i gryfici nie zagrają. Musieliby się w drugiej połowie położyć na murawie. |
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||